piątek, 29 października 2010
środa, 20 października 2010
Beż, karmel i brąz z Unisono w Blue City, czyli preludium do "Szafy na szpilkach "
Dynamiczna, fantazyjna, trochę – no, może mocno nieprzewidywalna :) – tak lubię być postrzegana. I nic nie poradzę, że zwykle podkreślam to swoim strojem. Czasem z czymś przesadzę, kiedy indziej udaje mi się trafić w punkt z doborem elementów garderoby. Jednak zawsze to co mam na sobie jest baaaaardzo MOJE. Modą bawię się na swój użytek nie od dziś - zwłaszcza dla własnego dobrego samopoczucia na co dzień, dlatego swój ubiór często traktuję z przymrużeniem oka.
Kiedy wybierałam się na spotkanie blogerek „Szafa na szpilkach”, zorganizowane w Blue City, to właśnie ubrania Unisono zwróciły moją uwagę najbardziej. Styl CASUAL, będący tematem sesji zdjęciowej zorganizowanej specjalnie dla nas, ostatecznie zdecydował o wyborze tej marki do mojej stylizacji. Znalazłam zestaw, który wyraził mnie w jesiennym wydaniu - czyli ciepło, kobieco i na szpilkach!
Czy wyglądam na zdjęciach trochę jak pączek? Tak – jestem w 6 miesiącu ciąży, a ubrałam się w zupełnie nietypowe ciążowe fatałaszki. Chciałam Wam pokazać, że w błogosławionym stanie wcale nie trzeba rezygnować ze swoich modowych ulubionych kombinacji. Wręcz przeciwnie - ciąża daje dodatkową motywację, by tworzyć takie zestawy, które podkreślą i naszą kobiecość i charakter, i jeszcze subtelnie podkreślą nasz odmienny stan.
Beż, karmel i brąz + duża czapa i ażurowe rajstopy – to moja propozycja nawiązująca do aktualnych trendów na jesień i zimę 2010/2011.
Więcej zdjęć z naszego spotkania możecie zobaczyć tutaj
czwartek, 14 października 2010
Racuchy ze śliwkami - moja smakowita ciążowa zachcianka
Naopowiadałam ostatnio koleżankom, jak to mój mąż spełnia moje smakowe zachcianki... Jedną z nich są RACUSZKI Z SUSZONYMI ŚLIWKAMI
Jako że nie wszyscy o takich słyszeli, a zaręczam, bardzo mi smakowały, podaję za autorem Doskonałej Kuchni Polskiej. Szkoły gotowania Marka Łebkowskiego, przepis:
Składniki:
200 g mąki
200 ml śmietany 22% (my używamy 18%)
2 jajka
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200 g suszonych śliwek kalifornijskich (albo polskich :)
sól
tłuszcz do smażenia
cukier puder do posypania
4 porcje
czas przygotowania: 35 minut
Wykonanie:
Jajka ucieramy ze śmietaną, 2 łyżkami cukru pudru, mąką proszkiem do pieczenia i szczyptą soli. Dodajemy śliwki i mieszamy. Na patelni rozgrzewamy warstwę tłuszczu grubości 6-7 mm, nabieramy ciasto łyżką, kładziemy na patelnię, smażymy z jednej strony, przewracamy, smażymy racuszki, aż się zrumienią z drugiej strony, osączamy je z tłuszczu papierowym ręcznikiem, posypujemy cukrem pudrem i podajemy.
* Ja jeszcze na wierzch kładę na racuszki łyżeczkę 18% śmietany.
Pyyyyyszka!
UWAGA! Mocno wysuszone śliwki przed dodaniem do ciasta trzeba namoczyć w ciepłej wodzie.
Smacznego!
Jako że nie wszyscy o takich słyszeli, a zaręczam, bardzo mi smakowały, podaję za autorem Doskonałej Kuchni Polskiej. Szkoły gotowania Marka Łebkowskiego, przepis:
Składniki:
200 g mąki
200 ml śmietany 22% (my używamy 18%)
2 jajka
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200 g suszonych śliwek kalifornijskich (albo polskich :)
sól
tłuszcz do smażenia
cukier puder do posypania
4 porcje
czas przygotowania: 35 minut
Wykonanie:
Jajka ucieramy ze śmietaną, 2 łyżkami cukru pudru, mąką proszkiem do pieczenia i szczyptą soli. Dodajemy śliwki i mieszamy. Na patelni rozgrzewamy warstwę tłuszczu grubości 6-7 mm, nabieramy ciasto łyżką, kładziemy na patelnię, smażymy z jednej strony, przewracamy, smażymy racuszki, aż się zrumienią z drugiej strony, osączamy je z tłuszczu papierowym ręcznikiem, posypujemy cukrem pudrem i podajemy.
* Ja jeszcze na wierzch kładę na racuszki łyżeczkę 18% śmietany.
Pyyyyyszka!
UWAGA! Mocno wysuszone śliwki przed dodaniem do ciasta trzeba namoczyć w ciepłej wodzie.
Smacznego!
środa, 13 października 2010
27 tydzień ciąży sfotografowany
W końcu zapoczątkowałam fotografowanie swojego rosnącego brzuszka w ciąży, a jestem właśnie w 27 tygodniu. Ten miesiąc to czas, kiedy muszę zrobić badanie na toksoplazmozę oraz obciążenie glukozą.
Właśnie wróciliśmy z mężem ze szkoły rodzenia - niestety, muszę przyznać, że wynudziłam się jak mops. No przykro mi, ale słuchanie przez godzinę o tym jak to tworzy się zarodek, potem rosną rączki, nóżki może i dla niektórych jest fajne, ale to ani mnie nie oświeciło jakoś dodatkowo, ani nie zbudowało jakiejś szczególnej więzi z mężem, z którym co najwyżej robiliśmy sobie żarty. Niestety - czasy są już takie, że wymagamy i jakiejś nowej wiedzy i podanej w jakiejś atrakcyjnej formie. Te zajęcia, w których uczestniczyłam dzisiaj, tego charakteru nie miały...
Na zajęcia turlania i fikania na materacach już też niestety nie zostaliśmy - trochę zawiedzione oczekiwania z zajęć teoretycznych przełożyły się na stosunek do ćwiczeń. Może jestem dziwna, ale wolę wiedzę zdobywaną samodzielnie lub kontakt z obdarzonym najnowszą wiedzą drugim człowiekiem... W dobie aktualnych czasów, gdy wszyscy cenimy każdą wolną chwilę, ten czas na szkołę rodzenia postanowiłam sobie podarować. Może są inne szkoły, ta mnie nie zachwyciła.
Szkoda, bo mimo drugiego dziecka chciałam naprawdę spróbować tego nowego doświadczenia.
wtorek, 12 października 2010
Unique, Amazing, Wonderful...
Unique, Amazing, Wonderful... - z takim napisem kupiłam wczoraj śpioszki dla Malutkiej w komplecie z kaftanikiem i milutki, mięciutki kombinezonik. Zakupy zrobiłam w Warszawie w Blue City, gdzie byłam m.in. na spotkaniu szafiarek. Dodatkową atrakcją naszego spotkania była sesja zdjęciowa w ubraniach z wybranych przez siebie sklepów tej galerii handlowej. Ja wybrałam dla siebie, jak się okazało bardzo uniwersalne, a jednocześnie mieszczące się w trendach tej jesieni - beżach i karmelach - fatałaszki z kolekcji Unisono. Zmieściłam się w pewną sukienkę bez względu na to, że jestem w 6 miesiącu ciąży :) Niebawem wrzucę jakąś fotkę z sesji.
No i jeszcze mała reminiscencja z minionego weekendu:
1. kołyska całkowicie odnowiona i przeniesiona z pracowni do domu - czeka już na Maleńką, teraz będę główkować nad jakąś milusińską pościelą...
2. pierwsze malowanie zaliczył przyszły przewijak, mieliśmy dokonać drugiego malowania w tym tygodniu, ale po powrocie z pracy pozwalam sobie na taki długi odpoczynek, że się ściemnia i już nie ma sił, by pomaszerować do pracy fizycznej :)
3. do domu wraz z odrestaurowanym terrarium powrócił nasz szanowny legwan Stanisław, zaliczył "kompańsko" w cieplutkiej wodzie w wannie i w końcu ma kontakt wzrokowy po lecie z domownikami...
Jutro razem z mężem wybieramy się na drugie zajęcia do Szkoły Rodzenia. Po mojej pojedynczej wizycie na pierwszym spotkaniu i moich opowiadaniach o różnych ciekawostkach i frekwencji męskiej połowy uczestników, mąż złamał swoje sceptyczne zasady i postanowił, że jednak dotrzyma mi towarzystwa. Zobaczymy, jakie będzie miał wrażenia po jutrzejszych zajęciach...
sobota, 9 października 2010
Róż, fiolet i ważna sprawa
Ostatnio mam taki deficyt czasu, aby wrzucić na bloga jakieś ciekawe outfity, że aż mam wyrzuty sumienia...
Jesień jest taka piękna w tym roku, weekendy są słoneczne i nastrajają do pracy w ogrodzie i porządków przed zimą wokół naszego domu, że przy moich nieco zwolnionych obrotach w ciąży, ciągle nie mogę wygospodarować chwilki, by wybrać się np. do naszego pobliskiego parku, żeby zrobić jakieś fajne, a nie przypadkowe fotki. Dziś więc zamieszczam zdjątko z cyklu baaardzo przypadkowych, ale przy okazji pewnej baaardzo ważnej akcji "Mój biust - Nasza sprawa". W ramach tej kampanii, w którą z powodów zawodowych też jestem sercem zaangażowana, kobiety, które dziś odwiedziły starówkę w TORUNIU otrzymywały różowe gerbery - symbol akcji oraz zaproszenia na konferencję Jak chronić kobiecość przed rakiem? Więcej informacji na www.takdlazdrowia.pl i www.tzmo-global.com
Tak więc róż, fiolet i ważna sprawa - badania piersi...
Jesień jest taka piękna w tym roku, weekendy są słoneczne i nastrajają do pracy w ogrodzie i porządków przed zimą wokół naszego domu, że przy moich nieco zwolnionych obrotach w ciąży, ciągle nie mogę wygospodarować chwilki, by wybrać się np. do naszego pobliskiego parku, żeby zrobić jakieś fajne, a nie przypadkowe fotki. Dziś więc zamieszczam zdjątko z cyklu baaardzo przypadkowych, ale przy okazji pewnej baaardzo ważnej akcji "Mój biust - Nasza sprawa". W ramach tej kampanii, w którą z powodów zawodowych też jestem sercem zaangażowana, kobiety, które dziś odwiedziły starówkę w TORUNIU otrzymywały różowe gerbery - symbol akcji oraz zaproszenia na konferencję Jak chronić kobiecość przed rakiem? Więcej informacji na www.takdlazdrowia.pl i www.tzmo-global.com
Tak więc róż, fiolet i ważna sprawa - badania piersi...
poniedziałek, 4 października 2010
Szafa Róży cd._4
Szafa Róży rośnie, rośnie i... rośnie tak jak ja :)
Mąż mówi do mnie niby to żartobliwie?! Hipciu, a innym razem stwierdza, iż przesadziłam z tym botoksem :) Aaaaale śmieszne, ha, ha :)) No cóż - odkuję się po urodzeniu dziecka - wtedy mu pokażę, jak się ponownie wraca do formy - mam nadzieję!
Ale wracając do szafy Róży...
Uwiecznię tu dzisiaj w tym wirtualnym pamiętniku bolerko, o którym już wspominałam, że dostałam w niespodziewanym prezencie od koleżanki Asi oraz parę moich nowych nabytków: czerwoną spódniczkę na rzepik na wczesne niemowlęctwo i do tego czerwone bolerko, dżinsową sukienusię, czerwoną w misiaczki, różową w kratusię i trochę przyduży, bo na 16-18 miesięcy, ale co tam - doczeka się - płaszczyk w kolorze lila z białym futerkiem. No - jeszcze czapusię, koszulę w różową drobniutką kratusię do spódniczusi oraz kaftanik z muminkami :) Cód-miód - już chciałabym urodzić i ubierać moją Księżniczkę!
Mąż mówi do mnie niby to żartobliwie?! Hipciu, a innym razem stwierdza, iż przesadziłam z tym botoksem :) Aaaaale śmieszne, ha, ha :)) No cóż - odkuję się po urodzeniu dziecka - wtedy mu pokażę, jak się ponownie wraca do formy - mam nadzieję!
Ale wracając do szafy Róży...
Uwiecznię tu dzisiaj w tym wirtualnym pamiętniku bolerko, o którym już wspominałam, że dostałam w niespodziewanym prezencie od koleżanki Asi oraz parę moich nowych nabytków: czerwoną spódniczkę na rzepik na wczesne niemowlęctwo i do tego czerwone bolerko, dżinsową sukienusię, czerwoną w misiaczki, różową w kratusię i trochę przyduży, bo na 16-18 miesięcy, ale co tam - doczeka się - płaszczyk w kolorze lila z białym futerkiem. No - jeszcze czapusię, koszulę w różową drobniutką kratusię do spódniczusi oraz kaftanik z muminkami :) Cód-miód - już chciałabym urodzić i ubierać moją Księżniczkę!
niedziela, 3 października 2010
DIY - kołyska w trakcie remontu i pomysł na przewijak
Chyba naprawdę trochę przesadzam z nadwyrężaniem się z wykonywaniem różnych obowiązków, ale nie potrafię usiedzieć w miejscu. Nie umiem chodzić powoli, siedzieć dłużej niż piętnaście minut nic nie robiąc, nie myśleć, co by tu jeszcze zrobić na tzw. "zaś". Z tego powodu w piątek poczułam się w ciągu dnia naprawdę źle. Odpłynęły mi gdzieś całkowicie siły witalne i musiałam nawet wyjść wcześniej z pracy. Do wieczora siły już nie powróciły.
Jednak gdy zaczął się weekend nie mogłam przecież tak po prostu odpoczywać. Fakt, że w sobotę od rana trzeba było przygotować imprezkę domową z okazji urodzin naszego 15-latka, więc porządki zajęły trochę czasu, poczynione jednak solidarnie w trójkę z mężem i synem, potem trochę odpoczęłam. Jednak już w niedzielę nie mogłam odpuścić - zima ma przyjść podobno za dwa tygodnie, więc trzeba szybko działać z odnowieniem kołyski... Oczywiście nie może się to odbyć bez mojego osobistego zaangażowania :))) Położona została więc pierwsza warstwa lakieru akrylowego "biały mat" i drugiej już się nie udało, bo farby zabrakło i trzeba dokupić. - Nie mamy wprawy na razie w takim samodzielnym odnawianiu mebli, więc zaliczyliśmy ilościową wpadkę, ale już następnym razem pewnie pójdzie nam lepiej :)
W trakcie pracy wymyśliłam, że kolejnym moim DIY będzie oryginalny, jedyny w swoim rodzaju, taki mój - przewijak... Od dłuższego czasu stał sobie w kącie garażu stolik z nogami od starej maszyny do szycia i blatem z marmuru, ale jakimś cudem wyszczerbionym. Wymyśliłam, że może się ładnie komponować z kołyską, gdy go pomaluję na biało, a blat przeszlifujemy, a na nim umieścimy przewijakową nakładkę, która w standardzie jest dokładnie takich właśnie rozmiarów jak ten blat. Moim zdaniem - na początek - może to stworzyć fajny kącik. Tak myślę! Kiedy Różyczka wyrośnie już z kołyski, a będzie to około 4-5 miesiąca życia - wtedy, doszliśmy do wniosku, że postawimy na nowoczesność i kupimy łóżeczko z cyklu tzw. turystycznych. Chcemy wypróbować tę łóżeczkową nowinkę. Drewniana kołyska to nasz wielki sentyment, ale lubimy też próbować nowoczesności...
Tak to i minęła nam kolejna słoneczną, choć chłodna niedziela... Trochę grabienia kasztanów, trochę pielenia pięknie kwitnącej jeszcze kwiatowej rabatki, na którą przylatują kolorowe motyle i prac remontowych związanych z kołyską.
No i oczywiście czuję, że znów przesadziłam z nadwyrężaniem się - kiedy ja się w końcu nauczę odpoczywać?
Zamieszczam parę remontowych fotek, moich ostatnich różyczek z ogródka oraz motyla na mojej rabatce :)
Jednak gdy zaczął się weekend nie mogłam przecież tak po prostu odpoczywać. Fakt, że w sobotę od rana trzeba było przygotować imprezkę domową z okazji urodzin naszego 15-latka, więc porządki zajęły trochę czasu, poczynione jednak solidarnie w trójkę z mężem i synem, potem trochę odpoczęłam. Jednak już w niedzielę nie mogłam odpuścić - zima ma przyjść podobno za dwa tygodnie, więc trzeba szybko działać z odnowieniem kołyski... Oczywiście nie może się to odbyć bez mojego osobistego zaangażowania :))) Położona została więc pierwsza warstwa lakieru akrylowego "biały mat" i drugiej już się nie udało, bo farby zabrakło i trzeba dokupić. - Nie mamy wprawy na razie w takim samodzielnym odnawianiu mebli, więc zaliczyliśmy ilościową wpadkę, ale już następnym razem pewnie pójdzie nam lepiej :)
W trakcie pracy wymyśliłam, że kolejnym moim DIY będzie oryginalny, jedyny w swoim rodzaju, taki mój - przewijak... Od dłuższego czasu stał sobie w kącie garażu stolik z nogami od starej maszyny do szycia i blatem z marmuru, ale jakimś cudem wyszczerbionym. Wymyśliłam, że może się ładnie komponować z kołyską, gdy go pomaluję na biało, a blat przeszlifujemy, a na nim umieścimy przewijakową nakładkę, która w standardzie jest dokładnie takich właśnie rozmiarów jak ten blat. Moim zdaniem - na początek - może to stworzyć fajny kącik. Tak myślę! Kiedy Różyczka wyrośnie już z kołyski, a będzie to około 4-5 miesiąca życia - wtedy, doszliśmy do wniosku, że postawimy na nowoczesność i kupimy łóżeczko z cyklu tzw. turystycznych. Chcemy wypróbować tę łóżeczkową nowinkę. Drewniana kołyska to nasz wielki sentyment, ale lubimy też próbować nowoczesności...
Tak to i minęła nam kolejna słoneczną, choć chłodna niedziela... Trochę grabienia kasztanów, trochę pielenia pięknie kwitnącej jeszcze kwiatowej rabatki, na którą przylatują kolorowe motyle i prac remontowych związanych z kołyską.
No i oczywiście czuję, że znów przesadziłam z nadwyrężaniem się - kiedy ja się w końcu nauczę odpoczywać?
Zamieszczam parę remontowych fotek, moich ostatnich różyczek z ogródka oraz motyla na mojej rabatce :)
Smak na czekoladowy tort w 15 urodziny mojego syna
Już od tygodnia miałam nieodpartą ochotę na czekoladowy smak tortu. Choć generalnie nie jestem łasuchem i słodycze w przeważającej większości mogłyby dla mnie nie istnieć, to jednak gdy mam na coś nieodpartą chęć, to muszę to koniecznie zrealizować.
Z realizacją swojej smakowej zachcianki zaczekałam jednak do urodzin mojego syna, który 1 października czyli wczoraj skończył 15 lat, a dziś świętował z kolegami. Nie jestem mistrzynią w pieczeniu ciast (no może okazjonalnie poza karpatką, sernikiem czy szarlotką :), więc zamówiliśmy tort u miejscowego cukiernika. No i miałam w końcu ten swój czekoladowy smak! - Jak się okazuje, nawet w ciąży można nieco zapanować nad swoimi zachciankami, przesuwając je w czasie... :)
Tort był ozdobiony czerwonymi różyczkami, co mąż skwitował, że najwyraźniej jest po części dla naszego syna od nienarodzonej jeszcze Różyczki...
Dobrze, że tort był duży, więc starczyło dla wszystkich - ja zjadłam "słuszne" trzy porcje :)))
Z realizacją swojej smakowej zachcianki zaczekałam jednak do urodzin mojego syna, który 1 października czyli wczoraj skończył 15 lat, a dziś świętował z kolegami. Nie jestem mistrzynią w pieczeniu ciast (no może okazjonalnie poza karpatką, sernikiem czy szarlotką :), więc zamówiliśmy tort u miejscowego cukiernika. No i miałam w końcu ten swój czekoladowy smak! - Jak się okazuje, nawet w ciąży można nieco zapanować nad swoimi zachciankami, przesuwając je w czasie... :)
Tort był ozdobiony czerwonymi różyczkami, co mąż skwitował, że najwyraźniej jest po części dla naszego syna od nienarodzonej jeszcze Różyczki...
Dobrze, że tort był duży, więc starczyło dla wszystkich - ja zjadłam "słuszne" trzy porcje :)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
